media

Sam przeciw wszystkim

Kevin Durant po dekadzie wysłuchiwania nieprzychylnych opinii zamknął usta wszystkim krytykom, zdobywając swój pierwszy mistrzowski pierścień i tytuł MVP finałów. Świetnie zobrazował to spot Nike. Piotr Płaczek pisze o drodze do sukcesu i słodkiej zemście gwiazdy NBA.

Codzienne mierzenie się z opiniami ekspertów, dziennikarzy czy kibiców jest nieodłącznym elementem życia każdego sportowca. Jedni radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej, ale zawsze stanowi to motywację do jeszcze cięższej pracy i udowodnienia swojej wartości. Coś na ten temat na pewno mógłby powiedzieć teraz Kevin Durant, który po dekadzie wysłuchiwania nieprzychylnych komentarzy pod swoim adresem zamknął usta krytykom, zdobywając swój pierwszy mistrzowski pierścień i tytuł MVP finałów.

Trudna droga Duranta do zdobycia mistrzowskiego tytułu doskonale została uchwycona w spocie reklamowym wypuszczonym tuż po Finałach przez firmę Nike. Klip pokazuje, jak wielkie odium ciążyło na zawodniku przez wszystkie lata jego gry w NBA. Podkreśla on także, że największą nagrodą dla Duranta za zdobycie mistrzostwa nie jest wcale sam tytuł i przejście do historii, ale satysfakcja z udowodnienia całemu świata własnej wielkości, z którą trudno jest dyskutować.

Początek drogi

Tegoroczne finały NBA miały kilka głównych narracji. Pierwsza z nich to trzecie z rzędu starcie tych samych zespołów na ostatnim etapie sezonu, co do tej pory nigdy nie zdarzyło się w historii ligi. Druga to chęć rewanżu Golden State Warriors za zmarnowanie zeszłorocznego prowadzenia 3:1 w serii i przegranie całej rywalizacji w siedmiu meczach, w tym decydującego przed własną publicznością. Trzecia to pogoń LeBrona Jamesa za legendą Michaela Jordana, a czwarta to właśnie Kevin Durant i jego kontrowersyjna droga do zdobycia pierścienia. I to właśnie ta ostatnia historia, która tak naprawdę zaczęła się na długo przed Finałami, jest najbardziej ciekawa.

Kiedy 4 lipca 2016 roku Durant ogłosił, że planuje opuścić Oklahomę City Thunder i dołączyć do Golden State Warriors, w koszykarskim świecie zawrzało.

Decyzja zawodnika wielu zszokowała, ponieważ zaledwie kilka miesięcy wcześniej obie drużyny prowadziły zaciętą rywalizację w finałach Konferencji Zachodniej. Co więcej Oklahoma omal nie pozbawiła wtedy Golden State awansu do Finałów wygrywając w pewnym momencie serii już 3:1. Miedzy innymi z tego powodu transfer Duranta od razu wywołał burzę, a na niskiego skrzydłowego posypała się krytyka ekspertów ('jak nie możesz kogoś pokonać, to się do niego przyłączasz') oraz wszystkie tradycyjne epitety od fanów, z których 'chorągiewka' czy 'oportunista' były tymi najbardziej delikatnymi. Poza słowami fani wyrażali swoje niezadowolenie także w inny, 'tradycyjny' przy takich okazjach sposób:

Słodka zemsta Muffina

Kontrowersje wokół transferu nie zachwiały spokojem Kevina Duranta, który wszedł w sezon 2016/2017 z przytupem. Zaakceptowany przez swoich nowych kolegów, w tym gwiazdy pokroju Stephena Curry’ego, Draymonda Greena czy Klaya Thompsona, 29-letni skrzydłowy od pierwszego meczu udowadniał wszystkim, dlaczego uznawany jest za jednego z najlepszych koszykarzy w najnowszej historii NBA. I czynił to z wielką łatwością, co szczególnie było widać w meczach u siebie. Nie miał także problemów z utrzymaniem nerwów na wodzy, o czym świadczą mecze przeciwko byłym kolegom z Oklahomy. Przed każdym ze spotkań nowy lider drużyny OKC Russell Westbrook wraz z innymi graczami Thunder wbijał w social mediach szpile swojemu byłemu kompanowi. Przybierało to różne formy, z których najbardziej pamiętną było wrzucenie zdjęcia muffinek na Instagramie – co miało być nawiązaniem do powielanej często opinii innych koszykarzy, iż Durant jest słaby fizycznie. Hasło podchwycili fani Thunder i podczas meczu z Golden State wielokrotnie skandowali w stronę Duranta 'Cupcake, Cupcake'. KD nic sobie nie robił, z tych psychologicznych gierek i przeciwko swojemu klubowi w trzech meczach rzucił odpowiednio 39, 40 i 34 punkty. Mógł więcej, ale 28 lutego przytrafiła mu się groźna kontuzja kolana eliminująca go z gry w ostatnim meczu przeciwko Thunder i praktycznie wszystkich innych spotkań pozostających w terminarzu sezonu regularnego.

'Mamo, udało się!'

W fazie playoffs na powracającego do gry Duranta i cały zespół z Oakland nie było mocnych.

Dzięki zabójczej skuteczności i produktywności Duranta, Warriors jako pierwsza drużyna w historii ligi weszła do finałów NBA z perfekcyjnym bilansem 12:0.

Co więcej, w samych finałach przeciwko Cleveland Cavaliers 'Wojownicy' szybko wypracowali sobie w serii wynik 3:0 i właściwie tylko cud mógł ich wtedy pozbawić końcowego triumfu. Warto jednak oddać w tym miejscu, iż to właśnie w finałowych starciach najlepiej było widać wszystko to, co dobrego wniósł Kevin Durant do gry Golden State Warriors. I nie chodzi tu tylko o strzeleckie umiejętności czy świetną pracę w obronie. Durant przede wszystkim tchnął w Warriors ducha nieustępliwości i stał się dla tej organizacji mężem opatrznościowym, który w decydującym momencie bierze na siebie odpowiedzialność za losy meczu i robi to, co do niego należy. Tak się stało w meczu nr 3 w Cleveland, który zdaniem ekspertów zdecydował o losie całej rywalizacji. To właśnie wtedy Durant z zimną krwią ponad rękami LeBrona James trafił kluczową dla losów spotkania 'trójkę'.    

Ostatni mecz finałów był ukoronowaniem drogi do chwały dla Golden State Warriors. Mimo początkowych problemów i naprawdę dobrej gry Cleveland Cavaliers z dwojącymi się LeBronem Jamesem i Kyriem Irvingiem, to ostatecznie drużyna z Zachodniego Wybrzeża wygrała mecz nr 5 i sięgnęła pod trofeum Larrry’ego O’Briena. A sam Durant mógł mieć podwójny powód do satysfakcji, kiedy po zakończeniu meczu z rąk legendarnego Billa Russella odbierał nagrodę dla MVP finałów.

W tej szczególnej chwili koszykarzowi towarzyszyła ukochana mama Wanda, która jako jedyna przeżywała z synem wszystkie jego wzloty, a przede wszystkim porażki. I to właśnie jej Durant zadedykował swoje zwycięstwo, mówiąc w trakcie wywiadu telewizyjnego: 'Mamo, udało się! Mówiłem Ci to, kiedy miałem 8 lat, że zrobimy to!'. O tym, jak wielkie uczucie łączy Duranta z jego mamą i jak bardzo ten niedawny sukces jest z nią związany niech świadczy przemówienie, jakie kilka lat temu wygłosił podczas odbioru swojej pierwszej statuetki MVP sezonu regularnego. Uwaga, przygotujcie chusteczki…

Istnieje taki wytarty frazes, że wejść na szczyt jest trudno, ale jeszcze trudniej jest się na nim utrzymać. W przypadku Kevina Duranta może się on nie sprawdzić. Bo jeśli koszykarscy bogowie nie będą chcieli zaingerować istotnie w świat obecnej NBA, to w najbliższych kilku latach dominacja Golden State Warriors i Kevina Duranta powinna trwać w najlepsze. I kto wie, czy nie będziemy świadkami narodzenia się przy tej okazji nowej koszykarskiej dynastii na miarę XXI wieku.

 

Tekst: Piotr Płaczek

  • best of polska mafa
  • kupprenumerata