rynektechnologia

Strachy na lachy - czego się nie należy bać, zakładając własny biznes?

Jeśli chcecie rzucić pracę i założyć własny interes to przeczytajcie najpierw, co o lęku przed skokiem na głęboką wodę mają do powiedzenia twórcy platformy Internest.

Ze strachem jest tak, że pojawia się u każdego myślącego człowieka. To dobry znak. Analizując potencjalne ryzyka, z którymi można się zetknąć skacząc na głęboką wodę - realizując marzenie swojego życia, rzucając pracę w korporacji na rzecz własnego biznesu – zawsze czuje się strach. Można się mu poddać i raz, dwa wycofać raczkiem, lub podejść do niego konstruktywnie. To drugie jest o tyle utrudnione, że o strachu oficjalnie się nie mówi. Każdy początkujący przedsiębiorca musi być przebojowy, odważnie spoglądać w przyszłość, pociągać za sobą tłumy (potencjalnych klientów). No i przede wszystkim musi odnieść sukces. Od razu! Nękany pytaniami 'I jak tam?', 'Wszystko do przodu?', 'Kiedy pierwszy milion?' musi dodatkowo uporać się z presją otoczenia. A co dzieje się pomiędzy jego uszami? Nieważne, liczy się przecież szybki wzrost i ROI.

Spójrzmy prawdzie w oczy. My – dzisiaj – boimy się bardzo. W przededniu uruchomienia pełnej funkcjonalności naszej platformy robimy rachunek sumienia, oczyszczająco identyfikując generujący strach problem - i wyszukując dla niego rozwiązanie. W sercu od razu lżej, a w głowie jakby czyściej.

A oto nasza top lista obaw:

wykres

Nie wiadomo, od czego zacząć.

Najlepiej od początku, radzą mądralińscy. Tylko z tym początkiem zawsze jest najtrudniej. Ten etap akurat mamy już za sobą, sprawdziło się rozrysowanie procesu i rozpisanie go od końca, z wykorzystaniem planowania na produktach. Wiedzieliśmy, że chcemy rozwiązać problem rozbieżności pomiędzy tym, co większość z nas robi zawodowo, a tym, co chciałaby robić - stworzyć usługę, która dostarczy ludziom narzędzia online umożliwiające zakładanie i rozwijanie ich biznesów, zamienianie pomysłów w rzeczywistość. Aby to robić, musieliśmy mieć konkretne, pasujące do siebie narzędzia. Aby narzędzia mogły działać, musiały zostać zaprogramowane i zaprojektowane. Aby można je było zaprogramować, trzeba było opisać ich funkcjonalność. Aby opisać ich funkcjonalność, trzeba było ustalić, jakie dokładnie są bariery. I tak dalej. Po rozrysowaniu kilometrowego drzewka zobaczyliśmy, gdzie jest początek. Inna opcja, gdy opadało nam morale: znaleźć osobę, której udało się osiągnąć cel, do którego sami zmierzamy. Poczytać o niej, co tylko się da, nawiązać kontakt, zapytać o radę i doświadczenia. Do odważnych świat należy! Nie ma przecież nic do stracenia. Ścieżka sama się ułożyła, kiedy zaczęliśmy nią kroczyć.

Nie jesteśmy ekspertami.

A kto jest ekspertem? Prawdopodobnie każdy, kto zaczyna własny biznes, wie o swoim produkcie czy usłudze wystarczająco dużo, aby potrafić odpowiedzieć na gigantyczną część pytań i rozwiązać większość problematycznych zagadnień. Szkoda zdrowia na rozterki, czy jest się już wystarczająco bezkonkurencyjnym ekspertem w danej dziedzinie i w związku z tym można działać, czy nie. Wspaniale jest wiedzieć, czego jeszcze się nie wie – wiadomo, których odpowiedzi szukać. Wstydzimy się ciągle poszerzać swoją wiedzę? Nic a nic!

To jest szaleństwo!

Niektórzy mówili, że to szaleństwo zaczynać taki biznes. Pewnie mieli rację. Bezpieczną i racjonalną rzeczą byłoby nigdy niepodejmowanie ryzyka i praca na rzecz kogoś innego aż do końca naszych dni. Faktycznie, to jest trochę szalone, by stawiając wszystko na jedną kartę, rzeczywiście uwierzyć w swój talent i umiejętności, a następnie przekonać innych, żeby uwierzyli w nie równie mocno. Ale przecież na tym polega życie. Oskarżenia o szaleństwo to największe komplementy, jakie słyszymy. W końcu to szaleńcy robią różnicę w świecie.

inter

Nie mamy skąd wziąć pieniędzy.

Pierwsze, własne środki inwestycyjne wyczerpały się szybciej, niż trwał proces ich kumulowania. Takie życie. Pierwszym pomysłem, który przyszedł nam do głowy, było złożenie wniosku o dofinansowanie unijne. Napisaliśmy wniosek, spóźniliśmy się pół godziny z jego złożeniem. Dopracowaliśmy co nieco, złożyliśmy - odrzucili, złożyliśmy znowu – przyjęli. Pomysł, wymyślony w 2012 r. zaczęliśmy realizować w 2014 r. Trochę to trwało, ale dzięki dofinansowaniu, jesteśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Gdybyśmy zaczynali teraz, na pewno posiłkowalibyśmy się wsparciem aniołów biznesu i crowdfundingiem. Skorzystalibyśmy z możliwości, jakie daje Internest, umożliwiając budowę i optymalizację modelu biznesowego, poddanie pierwszej ocenie potencjału rynkowego, przybliżając pierwsze pieniądze czy zespół praktycznie na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony, idąc za metodologią lean management, może być i tak, że stabilny, oparty na coraz bardziej zaawansowanych iteracjach proces rozwijania biznesu jest w niektórych przypadkach najlepszą opcją. Można sprzedać pierwszy produkt czy usługę i zainwestować zyski. Potem plik - zapisz zmiany - i kontynuuj edytowanie.

Ludzie nam nie uwierzą.

Powody mogą być tak abstrakcyjne, jak sama obawa: kolor włosów, płeć, sposób mówienia, doświadczenie, przeprost rąk (Kasia), ciężko przewidzieć co jeszcze. Metoda: nie poddać się, nie uciec, za to dostarczyć genialną usługę w genialnej jakości. Po drodze słuchając rzecz jasna głosu użytkowników i patrząc na poczynania konkurencji. Z rzeczywistością nawet sceptykom będzie trudno się kłócić. Trzeba być tak dobrym, żeby nie mogli Cię zignorować.

Klienci nie przyjdą.

W naszym przypadku – użytkownicy. Stworzymy super platformę, z której nikt nie będzie chciał korzystać. Koszmar! To tak jakby zbudować metro, którym ludzie nie będą chcieli jeździć. Ryzykowne jest zaoferowanie swoich umiejętności światu, przy jednoczesnym braku pewności czy zostaną one docenione. Złotym środkiem byłoby rozpoczęcie biznesu, mając już w zanadrzu kilku ludzi wyczekujących naszego rozwiązania i gotowych rzucać w nas pieniędzmi, bylebyśmy szybko je dostarczyli. Z tymi wyczekującymi kilkoma osobami nie ma problemu, z zasobnością ich portfeli – owszem. Postanowiliśmy ten fakt zmarginalizować. Przyjęliśmy za pewnik, że biorąc pod uwagę edukacyjny charakter naszej działalności, rzesze klientów nie zaczną się dobijać do naszych drzwi natychmiast po starcie. Dzięki temu każdy nowy człowiek na platformie to dla nas uśmiech na twarzy (jest już całkiem wesoło). Proces budowania marki zawsze jest długotrwały, dlatego skutecznie uprzyjemniamy go sobie, robiąc gry (interne.st/bedegrau) i wymyślając różne inne, dziwne rzeczy, którymi udoskonalić możemy naszą usługę, przekaz, poziom ekspertyzy.

Nie damy rady udźwignąć sukcesu.

Najprzyjemniejsza z obaw, jeśli można użyć tego epitetu względem strachu. Na platformę wejdzie od razu milion osób i serwery nie dadzą rady! Księgowość nie będzie nadążać z wystawianiem faktur! Będziemy musieli szukać nowego biura, bo w tym obecnym się nie pomieścimy! Co to będzie, co to będzie? Poważnie, może się okazać, że nasz nowy biznes jest właśnie tym, na co czekał cały świat. Że pod naszymi drzwiami non stop przybywać będzie nowych klientów. Czy to nas przeraża? Zdania mamy podzielone pół na pół ;) Opublikowane w Journal of Social Issues badania pokazują, że sukcesu obawia się wiele osób, szczególnie wśród kobiet. Ponoć uważają one, że demonstracja sukcesu poskutkuje krytyką społeczną i odizoluje je od przyjaciół i znajomych. Na szczycie może i jest samotnie, ale ktoś musi na nim stanąć, żeby inni widzieli, że da się tam wejść.

Nie zarobimy wystarczająco dużo, by pokryć koszty inwestycji.

Strach o tyle niepokojący, że powoduje konsekwencje w naszych relacjach z PARP. Równocześnie, o tyle nieistotny, że w 100% zależy od naszej aktywności i otwartości, a o to jesteśmy spokojni. Zasada, której się trzymamy: Jeśli zainwestowałeś w swój biznes i nie od razu widzisz zwrot, nie rezygnuj, stawaj na rzęsach, by dowieźć, co obiecałeś, pracuj dalej. Jeśli zrezygnujesz, zanim osiągniesz zysk, nigdy go nie osiągniesz. Z drugiej strony, jeśli zrezygnujesz, pamiętaj, że raz już zgromadziłeś kapitał na start. Zawsze możesz to zrobić znowu.

Czy będziemy szczęśliwi?

Weźmy na warsztat Krzywą Startupu, stworzoną przez Paula Grahama, założyciela Y Combinator. Przemaglujmy ją i zaaplikujmy do życia.

krzywa

Każdy z nas ma indywidualny próg szczęścia. Każdy z nas dąży do przekroczenia tego progu najbliższymi sobie metodami: z entuzjazmem realizując marzenia i zakładając własny biznes, oddając się uniesieniom miłosnym, ulegając dystraktorom takim jak alkohol, narkotyki, piękne kobiety/mężczyźni, czy szybkie samochody/wyprzedaże w LV. Jest doskonale, ale po każdej fali entuzjazmu przychodzi pierwsze/drugie/trzecie zderzenie z rzeczywistością - czasem trochę brutalną, czasem mało kolorową – i z ciężką pracą. Taka jest kolej rzeczy. Cykl życia startupu ma swoje wzloty, ale ma też dolinę rozpaczy. Wyzwaniem jest w niej przetrwać, wykorzystać ją do ulepszenia oferty. Pamiętać o swoim pierwotnym celu. Superważne jest, by umieć spoglądać na to z zewnątrz - analizować środowisko, konkurencję, obserwować jak zmienia się świat i uwzględniać te zmiany w kolejnych iteracjach naszego przedsięwzięcia. Jeżeli pomysł nie uda się w takiej formie, uda się w innej. Po co to robić? Po te kilogramy endorfin windujące poziom szczęścia na jakieś abstrakcyjne poziomy. Czy będziemy szczęśliwi?

Jak mawiał Adam Miauczyński: 'trzymaj się ramy, to się nie...'.

grafiki: Mateusz Kowalski, Joanna Walczykowska / Okumiłe

  • foiec