kultura

Margaret: pani z plakatu to nie ja

Z najpopularniejszą wokalistką młodego pokolenia rozmawiamy o Polsce, karierze na Zachodzie i tym, czy łatwo jest zostać gwiazdą i nie zwariować.

To prawda, że najbardziej stresującym momentem w twoim życiu było śpiewanie przed parą prezydencką?

Stres był ogromny - to było podczas gali rozdania Wiktorów, a ja śpiewałam piosenkę Grażyny Łobaszewskiej 'Czas nas uczy pogody'. No i te wszystkie gwiazdy w pierwszych rzędach, a ja sama na scenie... Duża sprawa. Przeszło, kiedy zobaczyłam klaszczącą panią Marylę Rodowicz. Od razu poczułam się pewniej.

Czym artyści starszego pokolenia ujęli taką młodą osobę jak ty? W końcu to ich piosenkami wygrywałaś kolejne konkursy dla młodych wokalistek.

Na przykład w pani Grażynie Łobaszewskiej lubię to, że kiedy ona wychodzi na scenę, to ja czuję, że opowiada mi jakąś historię. Jakby czytała książkę! Mam nadzieję, że kiedyś to sama nauczę się czegoś takiego.

Wciąż dojrzewasz?

Tak... Hm, nie wiem (śmiech).

Byłaś muzycznie 'grzecznym' dzieckiem? Bo chyba nie należałaś do tych, którzy śpiewali covery Metalliki.

Aż tak bardzo to nie, ale na przykład wyjątkowo lubiłam O.N.A. Wiesz, te rzeczy, których słuchałam były naprawdę dobre. Ja nie przeżywałam młodzieńczego buntu, bo wyprowadziłam się z domu w wieku 15 lat. To przeciwko czemu miałam się buntować?

Może przeciwko szkole? Jak Chylińska.

Ale mnie nikt nie ograniczał. Nie miałam mamy i taty, którzy mi czegoś zabraniali. Zresztą, żeby było śmieszniej, ja chodziłam do podstawówki, w której mój tata był dyrektorem, a mama nauczycielką przedmiotu o nazwie 'Wychowanie do życia w rodzinie'.

To dlatego zwiałaś z domu w wieku 15 lat?

Tak (śmiech). Później śpiewałam w zespołach, które grały połączenie garażowego rocka, funky i r'n'b.

Mam wrażenie, że jesteś taką gwiazdą w starym stylu. Nie pojawiłaś się z ulicy, ale najpierw, po bożemu, wygrałaś parę konkursów, wyrobiłaś sobie fajną markę, poza tym jesteś obecna w telewizji, na plakatach, w gazetach, lansują cię tzw. 'stare' media.

Coś w tym jest, ale z drugiej strony nie byłoby Margaret, gdyby nie internet. Mój manager znalazł mnie poprzez bloga, na który wrzucałam covery swoich ulubionych piosenek. I od tego wszystko się zaczęło.

Ale nie byłaś dziewczynką z Youtube'a, która coś tam sobie brzdąka na gitarze.

Nie, na szczęście byłam już o parę szczebli wyżej. W liceum przeszłam przez etap rockowy, potem miałam zespół O Niebo Lepiej, graliśmy poezję śpiewaną, występowałam w teatrze muzycznym w Szczecinie, miałam zespół electropopowy. A potem w Warszawie nagrywałam np. wokalizy do muzyki filmowej. Dlatego w młodym wieku liznęłam dużo rzeczy i poczułam, co naprawdę chcę robić. No i ku rozpaczy mamy rzuciłam studia...

A jak to było z nagrywaniem twoich wokali do reklam?

Na jednym z festiwali poznałam kompozytora muzyki filmowej, który miał także dużo zleceń na muzykę do reklam. No i jakoś się dogadaliśmy. To jest dużo wyrzeczeń - nie jest tak, że przychodzę, mówię 'Dzień dobry, jestem Małgosia i mogę zaśpiewać wam to albo to', to klient decydował co i jak mam śpiewać. To była regularna praca, zresztą za zarobki z reklam opłacałam czynsz. Nagrywaliśmy kilka wersji, wysyłaliśmy klientowi, potem poprawki etc.

A w międzyczasie dorabiałaś sobie w sklepie odzieżowym.

Nie cierpiałam tej pracy. Chyba wolę nosić ładne ubrania niż je układać (śmiech).

Ciekawi mnie ten okres - jednego lata pracujesz w sklepie, drugiego kręcisz swój klip w Los Angeles. Jak to właściwie wyszło?

Poznałam mojego przyszłego managera Sławka, spotkaliśmy się i bardzo polubiliśmy. Zadzwonił do mnie parę miesięcy później, poznał z producentem ze Szwecji i tak nagraliśmy 'Thank you very much'. Mój manager wysłał ten utwór do swoich znajomych za granicę. Odezwała się wytwórnia szwedzka i tak to się zaczęło.

Czułaś, że teraz albo nigdy?

No właśnie nie, na początku nawet trochę mu nie dowierzałam. I nagle bum, zażarło! Kiedy podpisałam kontrakt, zrozumiałam, że to nie żarty.

Niby wszystko z przypadku, a mnie wydaje się, że twoja kariera jest bardzo autorska. I ten przypadek to tylko taki pozór.

Na pewno jest w tym dużo mnie. Kiedy przychodzisz do wytwórni i oni widzą, że autentycznie mam na to pomysł, to i rozmowa jest inna. Na przykład przed kręceniem klipu 'Wasted' spotkałam się z ponad dwudziestoma reżyserami i żaden pomysł mi się nie podobał. Ludzie z wytwórni załamywali ręce, ale ja wciąż uważałam, że ta piosenka to jest moje dziecko i chcę, żeby było po mojemu. Tak, jestem bardzo drobiazgowa, ale bardzo mi na wszystkim zależy. Może to trwa trochę długo, ale chyba warto - wszystko jest takie, jak chciałam.

Jak sądzisz, czemu internauci tak cię kochają?

A kochają?

Bardzo. Czytałem setki komentarzy pod tekstami na twój temat i jesteś jedyną celebrytką, która w zasadzie nie wywołuje negatywnych emocji.

No nie, piszą, że mam głowę jak patelnia, że wyglądam jak lalka Chucky. Ale nie staram się nikogo udawać, być niedostępną panią z plakatu. Jasne, że mam masę wad, pracuję nad nimi, ale wiesz, jak jest... Chcę być normalna i taka przy ziemi, a przecież u nas każdy pragnie być trochę ponad.

Podobno nie chodzisz na bankiety?

Bo mnie to nudzi! Idziesz na pokaz mody, widzisz tych wystrojonych ludzi, każdy gada o swoich ciuchach. Co w tym ciekawego? Nie przebywam za dużo w środowisku showbusinessowym, ale jest kilka osób, z którymi można się pośmiać. Ja np. bardzo lubię Natalię Siwiec, która ma super dystans do siebie, albo Michała Piroga. Prywatne życie zostawiam dla siebie, ale mimo wszystko dość mocno się sprzedaję, dostaję pieniądze za koncert, za to, że widać mnie w telewizji.

Usiłujesz przekuć swoją popularność w sieciowy biznes?

Nie. Ja utrzymuję się tylko z muzyki, ale to nie są takie kwoty, jakie podają media. Nie mam apartamentu, wynajmuję mieszkanie. Koniec końców to wszystko jest nieważne, ciuchy, muzyka. Ludzie kładą się w domu spać i myślą o tym, czy są szczęśliwi. To, co ja robię, to taki dodatek do ich życia.

A ty się czujesz szczęśliwa?

Bardzo. Zobacz, jaki Polska zrobiła postęp, przyjeżdżają turyści zza granicy i są w niej autentycznie zakochani! Kiedy nagrywałam klip w Stanach i siedziałam w restauracji z ludźmi z ekipy produkcyjnej, ktoś zaczął rozmawiać o 'Breaking Bad'. Ja się wtrąciłam i spytałam, czy widzieli ostatni odcinek. Oni byli zszokowani, że my w Polsce mamy internet i znamy takie rzeczy. A potem przyjechali do Polski i nie mogli się nadziwić, jacy wszyscy są mili i jak tu jest ładnie. Bywam w Szwecji, w Niemczech - tam od ludzi nie płynie taka siła, jak w Polsce. Wiesz, w Szwecji w szkole muzycznej student dostaje na wejściu macbooka i to jest tak, jakbym ja otrzymała od szkoły ołówek. Wie, że mu się to należy i nie docenia tego tak, jak my byśmy docenili. Zawsze musieliśmy walczyć o swoje i przez to strasznie nam się chce. Tyle że przy okazji mamy niestety wpojone myślenie negatywne i nie wierzymy w to, co potrafimy.

No właśnie, skoro potrafimy - co według ciebie musi zrobić polski artysta, by udała mu się kariera na Zachodzie?

Musi znakomicie mówić po angielsku. To podstawa, bez tego nie ruszysz nigdzie. A potem powinien zrobić coś interesującego i ja tak naprawdę wcale nie znam na to sposobu. Sama poszłam w szeroko pojęty pop, więc mam naprawdę masę konkurencji. Do tego mam podwójnie trudno, bo śpiewam w języku angielskim - u nas pierwszeństwo ma muzyka polskojęzyczna, a ja muszę bić się o playlisty z Rihanną czy Beyonce. A za granicą wpadam do jeszcze szerszego worka. Jakoś mi się to udało, ale wiem, że dziś jest sukces, a jutro może mnie nie być.

Sądzisz, że dziś, aby zostać gwiazdą sceny, musisz być jednocześnie dobrym artystą, PRowcem i specem od social mediów?

Coś w tym jest. Jeśli masz od tego cały sztab ludzi, to oni prędzej czy później zaczynają decydować o tym, kim jesteś. I bardzo łatwo jesteś w stanie przejść z artysty w produkt, który jest coraz bardziej ulepszany, a przez to nudny i niewyróżniający się na tle innych. Ja bym chyba zwariowała, gdybym miała tak robić.

A twoje pokolenie ludzi z lat 90., które ze względu na kreacje sieciowe jest zindywidualizowane - czujesz się w jakimś stopniu jego głosem?

Trochę tak mnie postrzegają, ale ja nie czuję się żadnym autorytetem.

Peja powiedział kiedyś, że czasem czuje strach, bo wie, że jakąkolwiek bzdurę wrzuci na Youtube, to obejrzy ją pół miliona osób.

A ja nie czuję takiego lęku. Albo jeszcze go nie odkryłam.

rozmawiał: Jacek Sobczyński

  • pekaka