Lotto

Jak wygram to... (Tobiasz Kujawa)

Kąpiele w banknotach i altruistyczne pobudki, czyli 'szóstka' wygrana w Lotto à la Tobiasz Kujawa.

 Wyobrażam sobie, że wygrałem, powiedzmy 30 milionów, melonów i innych baniek. Choć równie dobrze mogłoby to być 50 albo nawet 1000 pierdyliardów zielonych. (Nie)stety kwoty posiadające więcej niż 3 zera są dla mnie całkowicie abstrakcyjne i kompletnie nic mi nie mówią, więc to w sumie bez znaczenia. A więc wygrywam i wyobrażam sobie, że jakimś cudem (drugim po samej wygranej) moje serce nie rozpada się na 10 kawałków z powodu emocji i przerażenia. Co robię? Spłacam długi narzucając sobie auto-lichwę. Zabieram przyjaciół na wielką kolację. W jakimś egzotycznym miejscu. Wykonujemy te wszystkie banalne czynności, które każdemu sprawiają przyjemność, niezależnie od tego czy ma IQ owsika czy członka Mensy. Ściśle określony plan, którego wymaga taka wygrana. Parę imprez. Dużo zakupów. Kilka przelewów na cele charytatywne, żeby uspokoić sumienie. Rodzina bliższa i dalsza, której nie lubię, ale w takim przypadku to nie ma znaczenia. Niech mają. Pewnie kupię jakieś mieszkanie/dom/wyspę. Szaleństwo chirurgii plastycznej - mała korekta nosa. Kończą mi się pomysły... Urlop? Może kilka podróży..? W salonie wykopię basen, napełnię go banknotami i będę w nich pływać jak Sknerus McKwacz. Może z Ewą Kosz zrealizuję projekt fundacji wspierającej polskich projektantów mody. A może powiem sobie "Pier***ę to wszystko i wyjeżdżam stąd na zawsze"? Reszta na konto, niech się rozmnaża na jakimś procencie.

Że co? Że banalnie? Idea łącznia marzeń i pieniędzy jest tak rozkosznie banalna, że po prostu nie można o niej pisać inaczej.

Aha. Errata - nie gram w totolotka. Nie wierzę w niego tak samo jak nie wierzę w dobry gust Polaków.

Tobiasz Kujawa, redaktor Fashion Magazine, twórca Fashion Magazine Blog, na którym nieustannie podejmuje próby wyjaśnienia, czym właściwie jest moda. Stylista, personal shopper, niedoszły historyk. Bywa bezkompromisowy, czasem trochę złośliwy. Mimo tego nadal wierzy, że moda autorska ma w naszym kraju rację bytu. Niestrudzenie tropi absurdy, uwielbia amerykańską pop-kulturę, jest uzależniony od cytatów, social media i portali plotkarskich. W modzie szuka tego wyjątkowego połączenia pomysłu, rzemiosła i oryginalności. Ciągle szuka autorytetów, na których mógłby się wzorować, ale jak twierdzi w dzisiejszych czasach panuje totalny deficyt. Ma słabość do przysłów i powiedzeń ludowych. Ulubione słowa? Dystans i autoironia. Czego natomiast nie lubi? Przeintelektualizowania mody i syropu cebulowego. Ostatnio zaprzedał się komercji. Paradoksalnie głównie po to, żeby zachować niezależność.