kulturawhisky

Kunszt storytellera

Pierwszy z czterech mistrzowskich wywiadów Wyborowa Pernod Ricard przeprowadzamy z twórcą ponad 3 tysięcy reklam, laureatem 25 canneńskich Lwów i gościem Imagination Day 4 - Andrzejem Bukowińskim. Na czytelników czekają także zaproszenia na tasting whisky!

Whisky to kunszt – precyzja, pasja i doświadczenie, które spotykają się razem w każdej butelce, czy delikatnego Ballantinesa, wyrafinowanego Aberlouera, wyrazistego Jamesona lub eleganckiego Glenliveta. Każda butelka to inna historia, pochodzenie, charakter. Ale wszystkie łączy jedno – kunszt.

Razem z Wyborowa Pernod Ricard, jednym z głównych dystrybutorów whisky w Polsce, rozmawiamy o kunszcie z czterema mistrzami swoich dziedzin. Ludzi, przez których przemawia fascynacja tym, co robią, którzy mają za sobą lata doświadczenia i cierpliwość, aby temu, co robią, nadać kształt idealny. Nasz pierwszy rozmówca to reżyser reklamowy, który w Brazylii cieszy się statusem półboga - Andrzej Bukowiński. Ma 74 lata (zdradzając swój wiek, energicznie wykonuje przysiad), ale sprawia wrażenie dużo młodszego. Ciekawe, która whisky najbardziej pasowałaby do charakteru mojego rozmówcy? Kiedy siadamy w pustej sali Multikina i z dziesięciominutowego wywiadu robi się prawie godzinna rozmowa, wiem, że mam do czynienia z gawędziarzem.

Andrzej Bukowiński idealnie odnalazłby się w smaku Aberlour A’Bunadh – wyrazistym, mocnym i charakterystycznym whisky dla indywidualistów ceniących sobie ekspresję.

Zresztą sama nazwa tej szkockiej wywodzi się od galickiego 'Obar Lobhair', co oznacza 'źródło gadającego potoku'. O tym, że Bukowiński to fantastyczny 'storyteller' przekonacie się sami.

W wieku 5 lat wyjechał z rodziną z Polski do Anglii, a stamtąd do Argentyny. Zdobył pierwsze canneńskie Złote Lwy dla tego kraju. Przez 50 lat zachował swój charakterystyczny styl. Jego reklamy to często jedno długie ujęcie. Reklama 'Idilio 4L Renault' z 1964 to jedna z jego najwcześniejszych prac docenionych przez jury Festiwalu w Cannes.

F5: Czym jest dla pana kunszt?

Andrzej Bukowiński: Tym, że chce się ciągle dążyć do jakiejś innowacyjności, do jakiegoś ideału. W moim zawodzie, jeśli ktoś uznaje, że osiągnął mistrzostwo, to ginie. Reklama musi zawsze wnosić coś nowego, zresztą tak jak inne branże. To nie znaczy, że coś musi być bardzo skomplikowane - wręcz przeciwnie, to prostota jest kluczem do dobrego przekazu. Dobry pomysł, idea, nie potrzebują fajerwerków tylko konsekwencji. Wiele z moich reklam to po prostu jedno długie ujęcie.

Co sprawia, że po tylu latach pana reklamy są nadal aktualne?

Kiedy zaczynałem 50 lat temu w Argentynie, na Festiwalu w Cannes nie było Lwów, tylko dostawało się pierwszą i drugą nagrodę. Wygraliśmy wtedy w 1964 roku, chociaż reklama w Argentynie dopiero raczkowała. To było olbrzymim zaskoczeniem. Te filmy są do tej pory aktualne. Kluczem są emocje, wartości ludzkie, które się nie zmieniają, są bardzo podobne 50 lat temu czy teraz. To odnosi się szczególnie do filmów społecznych, których agencje robią bardzo dużo. Idea w naszej pracy jest fundamentalna. Często powtarzam, że jeśli nie ma idei, nie ma filmu. Ostatnio zauważam, że forma często wyprzedza koncept. A według mnie forma musi być konsekwencją pomysłu, bo inaczej wchodzimy w banał, a reklamy staja się nieodróżnialne.

Co jest pana największym atutem w pracy reżysera?

Mam strasznie dużą siłę jako reżyser, zawsze wtrącałem się do scenariuszy, zmieniałem. I to dało mi niebywałą wolność w tym fachu, bo zazwyczaj reżyser jest bardzo ograniczony, w obecnych czasach zresztą coraz bardziej. Ja dzisiaj kręcę mało, ale zawsze muszę mieć pewność, że będę miał tę swobodę, wolność. To poczucie, że mam poparcie i że klient i agencja mi ufają i nie boją się.

Klęską w naszej pracy jest klient, który się boi, bo wtedy boi się i agencja i dom produkcyjny i reżyser.

Reklama musi zawierać element ryzyka, zaskoczenia, być odważna. Dlatego bardzo istotne jest zaufanie. Miałem to szczęście, że udało mi się wypracować sobie dobre relacje. Jestem długodystansowcem. Wspólnie ze scenarzystą Washingtonem Olivettim zrobiliśmy ponad tysiąc reklam. Tylko dla firmy Bom Brill zrobiliśmy ich 300 w ciągu 34 lat. Już po 18 latach to był rekord Guinessa. Tam nie było co zmieniać, to były świetne teksty. Musieliśmy tylko znaleźć aktora. Reszta jest historią!

Z powojennej Polski na sam czubek świata reklamy. Jak wyglądała pana droga?

Zaczęło się wcześnie. Od kiedy miałem 9, może 10 lat, bardzo ciągnęło mnie do fotografii, to była moja obsesja. Sam robiłem sobie aparaty, bo moja rodzina była bardzo biedna. Po przyjeździe do Sao Paulo z Polski bardzo spadliśmy społecznie, więc zakup sprzętu fotograficznego był całkiem poza moim zasięgiem.

Miałem 16 – 17 lat, kiedy ktoś mi pożyczył kamerę 16 mm i zafascynowałem się filmem.

No ale sprzęt był kosztowny, więc razem z kolegą wpadliśmy na pomysł i zajęliśmy się kręceniem chrztów, komunii, ślubów i innych uroczystości rodzinnych. Takie produkcje były tanie w realizacji, ale dzięki temu mogliśmy kupować filmy czy własny sprzęt. Potem zaczęliśmy kręcić reklamy, z początku bardzo prymitywne. Zrobiłem parę bardzo elementarnych reklam na 16 mm. Kiedy miałem 21 lat i studiowałem już architekturę, mój kolega zaproponował mi otworzenie firmy w Buenos Aires. Decyzja była dla mnie kwestią dosłownie 15 minut. Powiedział mi o tym w niedzielę. Nawet nie wróciłem do domu, tylko wsiedliśmy do autobusu do Buenos i w poniedziałek zaczęliśmy pracować. To był 3 czerwca 1961. Pamiętam tę datę, bo zmieniła moje życie. Co było później? Kręciliśmy, i kręciliśmy, i kręcę do dzisiaj.  

Czy technologia zastąpi ostatni wielki hit - storytelling?

Technologia, cyfryzacja to tylko narzędzie. Zastępując koncept technologią idziemy donikąd, bo to jest tylko narzędzie. Pamiętam, że jakieś 50 lat temu ktoś wynalazł zoom. To było niesamowite. Ludzie zaczęli go tragicznie nadużywać. Na 10 ujęć 9 było zoomem, rzygać się chciało od tego przybliżania i oddalania, ale taka była moda. To dobry przykład przerostu formy nad treścią.

Moja praca jest trochę antytezą dzisiejszych form. Większość jest zrobiona w jednym ujęciu. Teraz modne są skomplikowane formy, często nadużywa się tych narzędzi zupełnie niepotrzebnie, ale to jest modne, nowoczesne. Tymczasem koncept czasem lepiej jest komunikować bez tych fajerwerków.

Jak widzi pan przyszłość reklamy?

Te złote lata reklamy przypadły na lata 50. i 60. - najpierw w Ameryce, potem w Wielkiej Brytanii, a potem także w Ameryce Południowej. Pracowaliśmy ciężko, ale za to świetnie się bawiliśmy. Z czasem trochę tej lekkości się wytraciło. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na czasy, kiedy w reklamie wciąż było dużo wolności i wzajemnego zaufania pomiędzy klientem a agencją. Teraz te relacje bardzo się zmieniły.

Dużo osób narzeka na jakość reklam, o ich banalność i bylejakość obwinia się twórców. Ci ludzie z agencji, którzy mają pewnie świetne pomysły, są raczej ofiarami.

Moja teoria jest taka, że obecnie światem reklamy rządzi strach. Klient boi się ryzykować, agencja boi się stracić klienta, więc nie naciska, kreatywni nie chcą stracić pracy, więc dostosowują się do żądań klienta. W efekcie powstaje dużo reklam byle jakich, podobnych. Wydaje mi się, że to się wkrótce zmieni, nawet rynek wymusi to, że reklamy staną się znów bardziej zauważalne, nowatorskie. Odbiorcy uodparniają się na tę masę identycznych historyjek z żarcikiem na końcu, który nie ma nic wspólnego z produktem.

Reżyserował pan kiedyś reklamę whisky?

O tak, kiedyś reżyserowałem sporo reklamówek alkoholi. Za te o papierosach pewnie pójdę do piekła. No, ale kiedyś to nie była żadna kontrowersja, wręcz przeciwnie - alkohole, papierosy i linie lotnicze były taką 'arystokracją reklamy' - miały najlepsze budżety i te reklamy były robione z wielkim rozmachem. Oczywiście świetnie się przy nich bawiliśmy (śmiech).

rozmawiała Anna Warchoł

Wywiad z Andrzejem Bukowińskim otwiera serię czterech mistrzowskich wywiadów Wyborowa Pernod Ricard Polska, które celebrują kunszt rzemieślników różnych dziedzin. Za inspirację posłużyło mistrzostwo twórców jednego z najbardziej wymagających trunków świata - whisky.

Specjalnie dla fanów whisky przygotowaliśmy konkurs, w którym nagrodą jest podwójne zaproszenie na tasting z Darkiem Fabrykiewiczem, ambasadorem Wyborowa Pernod Ricard Polska!

Odpowiedz na pytania, udostępnij link na Facebooku jako 'publiczny', koniecznie wraz z hasztagiem #tastingwhisky i dołącz do nas 03 grudnia 2014 aby degustować najlepsze szkockie i irlandzkie

 

Ładowanie konkursu Tasting Whisky Aberlour...

Aberlour A'Bundah fot. Ted Dwane

Aberlour to whisky z długą, sięgającą czasu Celtów historią. Lour – lokalna rzeka dostarcza miękkiej, bogatej w minerały wody. Pierwszymi, którzy używali jej do tworzenia swoich mikstur byli druidzi, którzy osiedlili się na jej brzegach w pradawnych czasach. Odkryli lecznicze właściwości ‘gadającego strumienia’ (Lour w galickim oznacza ‘chatter’, czyli właśnie ‘gadanie’). Chcąc słuchać mowy natury, zbudowali u ujścia rzeki świątynię. Ich następcy chrzcili w strumieniu Lour nawróconych.

W tym samym miejscu setki lat później stanęła destylarnia zbudowana przez skromnego syna farmera - Jamesa Fleminga. Motto jego rodziny ‘Let the Deed Show’ pochodzące z czasów Roberta Bruce’a, znanego lepiej jako ‘Waleczne Serce’, to kwintesencja każdej butelki Aberlouera.

Pewnie słyszeliście o graniu muzyki kwiatom lub zwierzętom, ale pewnie nie beczkom. Tymczasem manager destylarni zwykł serenadować leżakującej whisky, grając jej na dudach.

Wyróżniającą cechą whisky Aberlour jest proces dojrzewania w dwóch rodzajach beczek: po burbonie i po sherry oloroso. Kiedy dojrzewający trunek osiągnie pożądany wiek, whisky z obu rodzajów beczek mieszane są ze sobą tak, by różne smaki i faktury mogły połączyć się ze sobą. Beczki po amerykańskim burbonie nadają whisky słodki, przypominający wanilię aromat i złocisty kolor. Natomiast whisky dojrzewająca w beczkach po sherry nabiera pełniejszego smaku ze słodką korzenną nutą oloroso. Wyróżnia ją intensywna, bursztynowa barwa.

Aberlour to synonim silnych osobowości i ludzi z wizją. Obecny master blender i jego współpracownicy to te same osoby, które napełniały beczki dziś osiemnastoletnią whisky. Niektórzy z nich pamiętają jeszcze czasy, kiedy w zwyczaju było częstowanie pracowników z nowo otwartej beczki whisky. Trzy razy dziennie.

  • whisky